Niniejszy blog w żaden sposób nie wyraża stanowiska jakiejkolwiek instytucji, partii, organizacji, a jedynie osobiste przemyślenia i poglądy autora. Nie jest też żadnym "oficjalnym blogiem", zrobiłem go po to by się dzielić z Wami wszystkim, co mnie interesuje. Życzę wszystkim miłego czytania!

piątek, 23 grudnia 2011

Venite, adoremus!

Czas i przyroda znowu zatoczyły koło - minął rok i mamy kolejne święta Bożego Narodzenia. Dla chrześcijan to przede wszystkim święta nadziei. Rodzi się Jezus, na którego przez tysiące lat oczekiwali bogaci królowie, uczeni mędrcy, ale także prości ludzie. I nie dziwi w tym kontekście radość aniołów i pasterzy ukazana w Ewangelii według św. Łukasza. Można ją porównać do radości dziecka cieszącego się z powrotu rodzica albo z oczekiwanego podarunku. To radość zasłużona, okupiona czekaniem i ucząca wielkiej wartości tego właśnie czekania. Niekiedy chcielibyśmy osiągnąć żądane cele "tu i teraz" - a tymczasem wielkie zamierzenia potrzebują swoistego "adwentu", wyciszenia, zatrzymania się i przemyślenia... Takiej bożonarodzeniowej refleksji chciałbym wobec tego życzyć czytelnikom "Chatki nad stawem". Odkryjcie wartość, jaką daje cisza, jaką daje szczera rozmowa z drugim człowiekiem, bez pośpiechu, hałasu, plotek czy też złośliwości. Trzeba naprawdę niewiele, żeby dobrze przeżyć Święta. W ramach serdecznych życzeń umieszczam w tym wpisie moją ulubioną, łacińską kolędę.



Adeste fideles laeti triumphantes,
venite, venite in Bethlehem.
Natum videte Regem angelorum.
Venite adoremus
Dominum.

En grege relicto humiles ad cunas,
vocati pastores adproperant,
et nos ovanti gradu festinemus.
Venite adoremus
Dominum.

wtorek, 20 grudnia 2011

"Chatka" znowu w konkursie

Podobnie jak w roku ubiegłym, tak i teraz zgłosiłem swoją "Chatkę nad Stawem" do konkursu na "Blog Roku". Oczywiście traktuję to wszystko bardziej jako zabawę, wiem że istnieje mnóstwo blogów prowadzonych bardziej profesjonalnie - niemniej jednak miło mi będzie, gdy oddacie na mnie głos kiedy konkurs wejdzie już w fazę głosowania.
Największy problem był z zaklasyfikowaniem tego bloga. Wahałem się, czy umieścić go w kategorii "blogi osobiste", czy też może "kultura". Ostatecznie wybrałem kulturę, gdyż informacji o moich zainteresowaniach książkowo - filmowych, czy też relacji z wydarzeń kulturalnych w najbliższej okolicy jest tu jednak najwięcej.

Oto link do konkursu (znajdziecie go także z boku, w "Ciekawych linkach"):

Co prawda stali bywalcy wiedzą, że "Chatka" wymyka się wszelkim klasyfikacjom, ale na potrzeby konkursu stworzyłem taki oto opis: "Chatka nad stawem" to blog redaktora prasy samorządowej, politologa i teologa w jednej osobie. Pasją autora są książki oraz historia i szeroko pojęta kultura - wszystko co związane z regionalizmem. Nie brakuje zatem wydarzeń kulturalnych z życia dziesięciotysięcznej gminy Bestwina.

piątek, 16 grudnia 2011

Kartka z naszego Muzeum

Niezwykle oryginalną kartkę świąteczną otrzymałem z Muzeum Regionalnego im. ks. Zygmunta Bubaka w Bestwinie. Przedstawia ona grupę kolędników z szopką na tle naszego Muzeum. Sprawia wrażenie starej fotografii, lecz tak naprawdę złożona jest z dwóch zdjęć - autentycznego, starego z 1941 r., oraz współczesnego (budynek Muzeum). 


A taki opis widnieje pod świątecznymi życzeniami:

Zimą, na przełomie 1939/40 roku na terenach obecnego powiatu bielskiego, okupowanych wówczas przez hitlerowców, zaczęła działać Chłopska Organizacja Wolnościowa "Racławice", wyrosła z aktywu Związku Młodzieży Wiejskiej "Siew". W okresie Świąt Bożego Narodzenia w 1940 roku i w nowym 1941 roku przeprowadziła akcję patriotyczno - propagandowa na terenie Bestwiny, Bestwinki i Janowic. Po domach chodzili kolędnicy - członkowie "Racławic" z szopka: Stanisław Gryzełko, Ludwik Kutryba, Ottokar Pokora, Antoni Jonkisz, Józef Tomaszczyk, Władysław Wilczek, Zygmunt Maga i Karol Tomaszczyk. Szopka, po wniesieniu do domu, zmieniała swój wygląd. Główny napis "Gloria in excelsis Deo" był zdejmowany i w tym miejscu ukazywał się inny: "Jeszcze Polska nie zginęła", a gdy opuszczano żaróweczkę w środku szopki - gwiazdka zmieniała się w Orła Białego. Śpiewano pełne wiary w odrodzenie Polski "kolędy", pastorałki i antyhitlerowskie kuplety oraz piosenki dotyczące spraw miejscowych. Na zakończenie następowała dobrowolna zbiórka darów dla więźniów obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. W czasie pobytu w domach "kolędnicy" dzielili się posiadanymi wiadomościami politycznymi i wojennymi, podtrzymując słuchaczy na duchu.

Dołączona do życzeń kartka stworzona z dwóch zdjęć nawiązuje do przeszłości i teraźniejszości. Przypomina o wydarzeniach z przeszłości oraz zaprasza do odwiedzenia Muzeum Regionalnego im. ks. Z. Bubaka w Bestwinie, w którym można zobaczyć tę niezwykłą szopkę "racławickich" kolędników.

niedziela, 11 grudnia 2011

Pomysł na prezent

Jeżeli nie macie jeszcze pomysłu, jaki upominek podarować pod choinkę mamie, babci, żonie, narzeczonej, dziewczynie, siostrze, córce, wnuczce, kuzynce itd., to zapraszam do zajrzenia na stronę o wdzięcznej nazwie "Feelcownia". Znajdziecie tam biżuterię wykonaną z.. filcu, a więc ręcznie robione bransoletki z różnokolorowej wełny czesankowej, kolczyki, kwiatki, broszki, korale. Utalentowana twórczyni wyrabia naprawdę ciekawe ozdoby.


Autorka pisze sama o sobie: Filcować zaczęłam od kursu, w którym uczestniczyłam całkiem przypadkowo. Chociaż nigdy nie tworzyłam biżuterii, to jednak filcowanie mnie "wkręciło". Od tamtej chwili to zajęcie jest dla mnie jak narkotyk. Przy tym się relaksuję.
Zaczynałam od prostych korali bez żadnych dodatków. W miarę zwiększania zainteresowania moimi pracami, zaczęłam stopniowo dodawać również wszelkiego rodzaju uzupełnienia w zależności od gustu.
Zapraszam wszystkich do obejrzenia moich prac na stronie. Jeśli jesteście zainteresowani moimi pracami zapraszam do kontaktu ze mną. Jestem otwarta na wszelkie Państwa propozycje.

Stronę można znaleźć pod adresem:

 


czwartek, 8 grudnia 2011

Gimnazjaliści o wielkich sercach

Integracyjne spotkanie ze świętym Mikołajem przygotowywane w Gminnej Bibliotece Publicznej przez uczniów Gimnazjum im. Jana Pawła II jest już doroczną tradycją. Co więcej, ilość zaangażowanych w projekt osób stale wzrasta. Nauczycielka języka polskiego, Oliwia Sobieska podkreśla, że młodzi aktorzy w tym roku zmobilizowali się praktycznie sami – ja czuwałam nad całością, ale tak naprawdę wszystko wzięli na siebie drugoklasiści.
Występowali przecież przed bardzo szczególną publicznością. Na widowni zasiedli niepełnosprawni będący podopiecznymi Środowiskowego Domu Samopomocy „Centrum”. Jak wiadomo dla osób tych każde wyjście, uczestniczenie w jakiejś imprezie jest wielkim świętem, toteż na nadejście dnia 6 grudnia oczekiwali od dawna. I uczniowie ich nie zawiedli. Spektakl składał się z odgrywanych przez gimnazjalistów scenek, recytacji poezji, a także śpiewu piosenek i kolęd. Grały aż trzy gitary, a dziewczęta i chłopcy pomagali swoim gościom stworzyć prawdziwie serdeczną atmosferę, w której już pobrzmiewały echa nadchodzących świąt. Dyrektor „Centrum”, Rozetta Michnik podziękowała występującym za wysiłek włożony w przedsięwzięcie, trzeba było przecież zorganizować Nikt nie wyszedł z biblioteki z pustymi rękami, Mikołaj przywiózł ze sobą worek prezentów, a dodatkowo książeczki i czekoladki ufundowała również GBP.
W bibliotecznych „Mikołajkach” brały udział również druhny ze szczepu „Bratnie Żywioły”, które poprowadziły dla publiczności różne ciekawe gry i zabawy oraz częstowały wszystkich słodyczami. 
 
 

sobota, 3 grudnia 2011

Harcerski hołd dla poległych

Harcerzem jest się przez całe życie. Ideały i zasady wpojone w młodości procentują później, są moralną busolą, dzięki której człowiek nie zagubi się w dzisiejszym świecie. To formowanie własnego charakteru rozpoczyna się w dzieciństwie, kiedy 6-7 latek postanawia zostać zuchem. Przechodzi następnie cały proces wychowawczy, nierzadko uzyskując stopnie instruktorskie i samemu szkoląc kolejne zastępy druhów. Wszystko w duchu służby Ojczyźnie oraz prawu harcerskiemu.
Dobrze się, więc stało, że po kilkunastu latach w gminie Bestwina znów odrodziło się harcerstwo. Niemała w tym zasługa druhen przewodniczek – Kingi Czulak, Doroty Surowiak oraz druhny Katarzyny Jonkisz i druhny Ewy Sierant, aktywnie działających wśród harcerzy i zuchów szczepu „Bratnie Żywioły”. Powstanie szczepu poprzedzone było ciężką pracą, tworzeniem drużyn harcerskich i gromad zuchowych. To właśnie szczep jest miejscem, gdzie w ramach jednego środowiska dokonuje się formacja harcerza.
1 grudnia druhny i druhowie zaprosili Wójta Stefana Wodniaka, swoich rodziców oraz mieszkańców gminy do Muzeum Regionalnego na wyjątkową uroczystość pod nazwą „Ocalić od zapomnienia”. Była to wieczornica, którą przygotowała dh Dorota Surowiak drużynowa 20 Gromady Zuchowej „Leśne Ogniki”, wraz ze swoimi podopiecznymi. Towarzyszyli im harcerze, w tym druhna przewodniczka Kinga Czulak oraz gość specjalny - druhna podharcmistrzyni Barbara Podolak, członkini Komendy Hufca ZHP Czechowice-Dziedzice.
Pierwszym akcentem wieczoru stało się uroczyste zapalenie ognia i przywitanie przybyłych. Następnie dh Barbara Podolak wręczyła dh Kindze Czulak sznur komendantki szczepu. Nowa szczepowa wręczyła z kolei sznur granatowy druhnie Katarzynie Jonkisz. Sznur tego koloru jest oznaką pełnienia funkcji drużynowej. Po tej wzruszającej ceremonii zuchy przedstawiły heroiczne dzieje Związku Harcerstwa Polskiego od założenia, poprzez okres wojen i okupacji, aż po czasy współczesne. W wierszach i piosenkach oddały cześć swoim starszym kolegom działającym w konspiracji, Szarych Szeregach, a często stających na pierwszej linii frontu z karabinem w ręku.
Program artystyczny zachwycił publiczność, a Wójt Stefan Wodniak serdecznie pogratulował pracy włożonej w jego przygotowanie. Złożył również życzenia druhnom obejmującym funkcje komendantki szczepu oraz drużynowej. Stwierdził, że to właśnie harcerze są tymi, którzy mogą służyć za wzór krzewienia patriotyzmu w środowisku szkolnym, jak i na forum całej gminy.
Druga część wieczornicy miała miejsce na cmentarzu parafialnym, pod pomnikiem poległych. Tam zuchy złożyły uroczystą obietnicę zuchową, otrzymały także ważne oznaki harcerskiego wtajemniczenia – chusty oraz znaczki zuchowe. Jak zwykle najbardziej przejęci tą podniosłą ceremonią okazali się najmłodsi z nich. Na pewno wszystko dokładnie zapamiętają, a swoje chusty będą przechowywać i nosić z dumą i szacunkiem.

W związku ze zbliżającymi się świętami Bożego Narodzenia harcerze informują również, że przygotowują  się do największej akcji przedświątecznej odbywającej się na terenie całego kraju – „Betlejemskiego Światła Pokoju”. Środowiska harcerskie, w tym i nasze, od 11 grudnia aż do Wigilii Bożego Narodzenia będą brały udział w wyjątkowej sztafecie przekazując płomień rozpalony w Grocie Narodzenia w Betlejem, tak by trafił on wprost do rodzin, szkół, kościołów, urzędów i szpitali. Więcej szczegółów na stronie www.gminabestwina.info.

wtorek, 29 listopada 2011

Kawałek naszej historii

Dawid Mikołajczyk to mieszkaniec Kaniowa, a zarazem członek stowarzyszenia na Rzecz Zabytków Fortyfikacji „Pro Fortalicium”. Jest pasjonatem historii, zwłaszcza okresu II wojny światowej. Swoje rekonstruktorskie zainteresowania stara się przekazywać także innym – 29 listopada gościł w filii GBP w Kaniowie, prowadząc poglądową lekcję dla starszych klas SP im. T. Kościuszki.
 
 
Dawid opowiedział uczniom o jedynej zwycięskiej bitwie granicznej w kampanii wrześniowej – bitwie wyrskiej, rozegranej w rejonie wsi Wyry i Gostyń, oraz o innych zmaganiach toczonych w naszej okolicy. Szlak potyczek znaczą polskie i niemieckie schrony, które stowarzyszenie „Pro Fortalicium” pieczołowicie odrestaurowuje i udostępnia zwiedzającym. Prelegent mówił o przebiegu bitew, podając z dużym znawstwem wiele technicznych szczegółów dotyczących umundurowania, pojazdów pancernych bądź typów broni. Sam przyszedł na spotkanie we własnej kopii munduru żołnierza Września 1939 r.
Lekcja wzbogacona o zdjęcia, mapy, filmy a także militarne eksponaty podobała się tak dzieciom jak i dorosłym, którzy być może po raz pierwszy zapoznali się z ruchem rekonstruktorskim. Niewykluczone, że taka zachęta będzie impulsem do głębszego zainteresowania się historią.



piątek, 11 listopada 2011

Jesień jest biało - czerwona

Dzisiaj zamiast zbędnych słów i analiz - znana wszystkim pieśń Jana Pietrzaka. Jako ilustracja posłużą zdjęcia z obchodów Narodowego Święta Niepodległości w Bestwinie oraz koncertu laureatów Przeglądu Pieśni Patriotycznej. Złota jesień tym razem przystroiła się w biało - czerwone barwy. Przy słonecznej pogodzie i na tle starych drzew uroczystość wyglądała szczególnie imponująco...

Żeby Polska była Polską

Z głębi dziejów, z krain mrocznych,
Puszcz odwiecznych, pól i stepów,
Nasz rodowód, nasz początek
Hen, od Piasta, Kraka, Lecha...
Długi łańcuch ludzkich istnień
Połączonych myślą prostą:
Żeby Polska, żeby Polska,
Żeby Polska, była Polską.

Wtedy, kiedy los nieznany
Rozsypywał na po kątach,
Kiedy obce wiatry gnały
Obce orły na proporcach
Przy ogniskach wybuchała
Niezmożona nuta swojska
Żeby Polska, żeby Polska,
Żeby Polska, była Polską.

Zrzucał uczeń portret cara,
Ksiądz Ściegienny wznosił modły,
Opatrywał wóz Drzymała,
Dumne wiersze pisał Norwid
I kto szablę mógł utrzymać
Ten formował legion, wojsko
Żeby Polska, żeby Polska,
Żeby Polska, była Polską.

Matki, żony w mrocznych izbach
Wyszywały na sztandarach
Hasło: "Honor i Ojczyzna"
I ruszała w pole wiara!
I ruszała wiara w pole
Od Chicago do Tobolska
Żeby Polska, żeby Polska,
Żeby Polska, była Polską.

sobota, 5 listopada 2011

W cieniu gotyckich katedr

„Filary Ziemi” Kena Folleta przenoszą nas do średniowiecznej Anglii – kraju, w którym na brak pracy na pewno nie mogli narzekać murarze i inni rzemieślnicy budujący z kamienia prawdziwe „drapacze chmur” tamtych czasów  - katedry. Można wymieniać je bez końca – Canterbury, Westminster, Salisbury, Wells, Lincoln, York...
Akcja monumentalnej powieści toczy się wokół budowy katedry w fikcyjnym mieście Kingsbridge, gdzie mieści się jeden z większych w królestwie klasztorów Benedyktynów. Młody i ambitny przeor Philip pragnie wyprowadzić z marazmu zarówno wspólnotę jak i miasteczko, angażując wędrownego mistrza – Toma Budowniczego. Tomowi towarzyszy miłość jego życia – Ellen, syn Alfred, oraz przybrany syn – Jack. 
Czasy, w których przyszło im pracować są niespokojne. W kraju toczy się wojna domowa, nieudolny król walczy z pretendentką do tronu Matyldą. Lokalni hrabiowie, baronowie i lordowie zmieniają sojusze w zależności od koniunktury politycznej. Swoje interesy ma również Kościół, a w szczególności jeden z głównych przeciwników przeora Philipa – przewrotny biskup Waleran Bigod.
 Nie będę oczywiście streszczał olbrzymiej objętościowo, dwutomowej sagi, ale mogę powiedzieć, że o jej sile stanowi cała plejada postaci o różnorodnych charakterach i jeszcze ciekawszych przygodach. Chyba nie ma czytelnika, który nie polubiłby poczciwego Toma, odważnego Jacka lub szlachetnej księżniczki Alieny. Popularność powieści sprawiła, że na jej podstawie powstał serial – niestety zmieniono w nim kilka wątków, co może dezorientować tych, którzy zapoznali się wcześniej z dziełem literackim.


U myśliwych

Starodawna legenda mówi, że w 695 roku niejaki Hubert, potomek królewskiego rodu Merowingów zobaczył na polowaniu w Ardenach jelenia z promieniejącym krzyżem w wieńcu. Wydarzenie to stało się początkiem jego nawrócenia i drogi do świętości. Dzisiaj dzień św. Huberta, biskupa Liège to przede wszystkim święto myśliwych i ludzi związanych z lasem.
„Hubertusa” obchodzą również członkowie Koła Łowieckiego „Bażant”. 3 listopada zgromadzili się w kościele pw. Wniebowzięcia NMP w Bestwinie, aby tam podziękować za całoroczną opiekę swojego patrona. Myśliwi wystawili poczet sztandarowy, złożyli na ręce kapłana dary, a prezes „Bażanta” w modlitwie powszechnej polecił Bogu dusze zmarłych członków Koła. Liturgię koncelebrowali: ks. kanonik Eugeniusz Stopka, kapelan myśliwych, proboszcz z Bestwiny Cezary Dulka oraz wikariusz Roman Berke. W homilii ks. Stopka nawiązał do odwiecznych relacji człowieka z przyrodą, mówiąc, że warto kierować się w poszanowaniu natury zasadami etyki, ekologii oraz ekonomii – sprawiedliwego podziału dóbr.
Myśliwi wyruszyli następnie na polowanie na Podkępiu. Życzenie „Darz Bór” spełniło się i bestwińscy łowcy pozyskali dorodne sztuki zajęcy oraz ptactwa. Po zakończeniu łowów na terenie siedziby myśliwych – „Studziennika” odbył się uroczysty „pokot”, czyli bogate w symbolikę podsumowanie polowania.
 
 

środa, 26 października 2011

"Szlachetną drogą" po mistrzostwo

Rok 1996 przyniósł ostatnie wielkie sukcesy polskiego judo. To właśnie wtedy swoje  medale na Igrzyskach Olimpijskich w Atlancie zdobyli Paweł Nastula (złoto) oraz Aneta Szczepańska (srebro). Później niestety było już tylko gorzej...
            W tym samym roku na świat przyszedł Paweł Wawrzyczek, obecnie uczeń Gimnazjum nr 2 w Czechowicach – Dziedzicach, na co dzień mieszkający w Kaniowie. Paweł znakomite występy naszych dżudoków zna tylko z książek i nagrań archiwalnych, ale sam pragnie iść w ich ślady. Już teraz odnosi znaczne sukcesy na arenie krajowej i międzynarodowej, będąc zawodnikiem Klubu Sportowego Judo Czechowice – Dziedzice.
            To wszystko zaczęło się w bardzo prosty sposób! ­ - stwierdzają ze śmiechem Paweł wraz z mamą, Beatą – Judo trenował mój kuzyn, ja poszedłem za jego przykładem. On przestał – ja zostałem. Przez sześć lat zawodnik nie opuścił ani jednego treningu (nie licząc choroby i dwutygodniowych wczasów), początkowy zapał do codziennego ćwiczenia nie wygasł, co jest w sporcie rzadkością i zasługuje na uznanie.
            Judo, stworzone i opracowane przez profesora Jigoro Kano oznacza w tłumaczeniu „szlachetną drogę”, „drogę miękkości” – ale czy naprawdę jest tak „miękko”? Możemy w to powątpiewać, widząc jak dżudocy w efektowny sposób rzucają sobą o matę, tatami. – Najpierw trzeba nauczyć się padać ­ - mówi Paweł – Poza tym nie walczyłem od razu z zawodnikami bardziej doświadczonym, trenowałem nieco „na boku”, uczyłem się od samych podstaw. Sparingpartnerzy byli dostosowywani do mojej kategorii wagowej.
            W miarę osiąganych postępów dżudoka zdobywa stopnie uczniowskie (kyu) i mistrzowskie (dan). Stopnie te oznaczane są pasami w odpowiednim kolorze. Paweł, zapytany o swój poziom, odpowiada – Mam już 1 kyu, czyli brązowy pas. Jest to ostatni stopień uczniowski, później są już tylko stopnie dan. Na kyu zdaje się egzamin przed trenerem, natomiast na dany (czarne pasy) przed specjalną komisją.
            Beata Wawrzyczek z dumą mówi, że Paweł jest zawodnikiem, który właściwie z każdych zawodów przywozi medal lub punktowane miejsce. Pierwszym znaczącym sukcesem był złoty medal w Mistrzostwach Polski juniorów młodszych (Paweł został przekwalifikowany przez specjalną komisję Polskiego Związku Judo, gdyż wiekowo pozostawał jeszcze młodzikiem). Zważywszy, że na tego rodzaju zawodach startuje 24 dżudoków, a wcześniej są jeszcze eliminacje, medal ten to duży triumf.
            Zwycięstwo to nie zawróciło zdolnemu sportowcowi w głowie – miał wielki apetyt na kolejne. Przyszło srebro również z Mistrzostw Polski juniorów młodszych, a także trofea z turniejów międzynarodowych. W tym roku Paweł jako jedyny Polak przywiózł z Pucharów Europy trzy krążki z brązu (Chorwacja, Berlin, Bielsko - Biała). – Najmilej wspominam oczywiście pierwszy z tych medali, wywalczony w Chorwacji. Trener powiedział mi, żebym specjalnie się nie stresował, powalczył jak najlepiej, a „co będzie, to będzie”. Wyszedłem na matę, walczyłem w siedmiu walkach – udało się!
            Niedawno, bo w lipcu bieżącego roku Paweł pojechał na XI Letni Olimpijski Festiwal Młodzieży Europy. Odbywał się ona w tureckim Trabzonie. Przed wyjazdem Paweł wraz z polską delegacją gościł w Centrum Olimpijskim im. Jana Pawła II w Warszawie. Tam spotkał się z Ireną Szewińską oraz złożył podpis na fladze olimpijskiej. Z zawodów tych kaniowski dżudoka wrócił z niezłą, siódmą lokatą. Zdobył punkty liczące się do rankingu europejskiego. W rankingu tym wśród juniorów młodszych na chwilę obecną znajduje się na szóstym miejscu, natomiast za dwa lata przejdzie już do juniorów.

Z Ireną Szewińską - Paweł po prawej stronie mistrzyni

            Czy będą sukcesy w Mistrzostwach Świata, na Igrzyskach Olimpijskich? To pieśń przyszłości, ale liczymy, że tak, o ile tylko zawodnik będzie się rozwijał i uniknie poważniejszych obciążeń, kontuzji. – Musimy pamiętać, że zawodnik judo może dobrze przygotować się do dwóch, maksymalnie trzech turniejów rocznie – mówią zgodnie Paweł z mamą. – To są ciężkie ćwiczenia, zbijanie wagi, rozwijanie kondycji, bieganie, trenowanie szybkości, techniki... wszystko po to, żeby kontrolować walkę i zakończyć ją szybko, najlepiej przez Ippon.
            Rodzice, Sławomir i Beata, całym sercem wspierają pasję syna. Dowożą go na treningi, dopingują na zawodach i pomagają w rehabilitacji, gdy przytrafi się kontuzja. Są zadowoleni, że z powodzeniem udaje się Pawłowi połączyć sport oraz naukę w gimnazjum. Już niedługo będzie to jeszcze bardziej ułatwione, gdyż w Czechowicach – Dziedzicach istnieje Szkoła Mistrzostwa Sportowego z profilem judo. To naturalny wybór dla Pawła, jeżeli chodzi o dalszą ścieżkę edukacyjną.
Oprócz rodziców nie można pominąć innych ludzi stojących u podstaw dotychczasowych sukcesów  - zwłaszcza trenera Bogusława Tyla, bez którego półka z pucharami w pokoju Pawła zapewne by się nie zapełniła...
        Judo wyrabia w człowieku systematyczność, silną wolę, spokój i kulturę. To wspaniała alternatywa dla czasu spędzanego bezproduktywnie przed telewizorem, komputerem... Może za Pawłem pójdą i inni, a wtedy Polska powetuje sobie z nawiązką lata bez medalu na Igrzyskach?
 
 Paweł i jego trofea

niedziela, 16 października 2011

Organowy wieczór w Bestwinie

W Kościele łacińskim należy mieć w wielkim poszanowaniu organy piszczałkowe jako tradycyjny instrument muzyczny, którego brzmienie ceremoniom kościelnym dodaje majestatu, a umysły wiernych porywa do Boga i spraw niebieskich
                                                                                                  Z instrukcji Musicam sacram 

Po raz kolejny w tym roku proboszcz parafii Wniebowzięcia NMP w Bestwinie, ks. Cezary Dulka zaprosił wszystkich chętnych na koncert organowo – wokalny. Ponieważ jest on znawcą i miłośnikiem muzyki organowej, organizując takie koncerty pragnie podnieść wrażliwość i kulturę muzyczną swoich parafian. Ma do tego doskonałe warunki, gdyż wyremontowany instrument należy do najlepszych w okolicy. Posiada 29 głosów, w tym 3 językowe, ponadto 3 manuałowy kontuar, z czego sekcja drugiego jest zamknięta w szafie ekspresyjnej. Łączna liczba piszczałek to 1655 sztuk.
            Na takich organach pole do popisu mają prawdziwi mistrzowie. 14 października o godz. 18.15 za kontuarem zasiadła Ewa Bąk z Bielska – Białej. Ukończyła ona Liceum Muzyczne w klasie fortepianu oraz wrocławską Akademię Muzyczną w klasie organów prof. Romualda Sroczyńskiego. Pani Ewie towarzyszył kontratenor Marcin Ciszewski, który przyjechał do Bestwiny aż z Gdyni.
            Artyści wykonali utwory instrumentalne kompozytorów znanych i mniej znanych – F. Schuberta, F. Lista, M. Sawy, R. Beckera, G. Morandiego, E. Brańki oraz wielu innych. Koncert trwał około godziny, a po oklaskach i wręczeniu kwiatów zakończył się utworem zagranym na bis. Słuchacze zostali oczarowani poziomem wykonania i jakością brzmienia bestwińskich organów.



niedziela, 2 października 2011

Przypomnieć o tamtych dniach...

 Wywiad z Michałem Kobielą

Mieszkaniec Kaniowa, Michał Kobiela, jest twórcą wystaw upamiętniających ofiary katastrofy w Rafinerii Czechowice, która miała miejsce 26 czerwca 1971 r. Wtedy to w następstwie uderzenia pioruna zapalił się zbiornik ropy naftowej, po czym ogień rozprzestrzeniał się dalej. Śmierć poniosło 37 osób, rannych zostało 105. 
Pan Michał opowiedział mi szerzej o swojej działalności, której przyświeca jeden nadrzędny cel – ocalenie od zapomnienia bohaterów biorących udział w akcji gaśniczej.

 Pierwszy z prawej - Michał Kobiela


 - Panie Michale, jaki był główny powód Pańskich działań na rzecz upamiętnienia pożaru Rafinerii w Czechowicach - Dziedzicach w 1971 roku?

      Jest to podyktowane pragnieniem przypomnienia o ludziach, którzy dali wtedy świadectwo wielkiej odwagi. Uważam, że pisanie, mówienie o nich to słuszna i dobra sprawa - tak po prostu robić należy.

- Jak wyglądał dzień pożaru? Gdzie Pan wtedy był? Jak Pan to wspomina?

Miałem wtedy 14 lat. Mój ojciec pracował w Rafinerii w Czechowicach, w momencie pożaru był na drugiej zmianie. Czekaliśmy na niego w domu. Podobnie jak u wielu moich sąsiadów, mieszkańców Kaniowa, tak i u nas wyczuwało się wielki strach i niepewność. Są to wspomnienia traumatyczne, wyciskające łzy z oczu aż po dzień dzisiejszy, nawet po tylu latach. Mój ojciec wrócił, jednak wielu nie było to dane...


  

- Jak narodził się pomysł rozpoczęcia zbierania materiałów na ten temat?

Po prostu czułem, że muszę coś zrobić, żeby czas nie zatarł pamięci o tym tragicznym dniu. Postanowiłem, że odnajdę wszelkie ślady tej tragedii. Dotarłem do rodzin ofiar, które z wielkim bólem oddały pamiątki, zdjęcia, „relikwie” -  jak to określono w jednej rodzinie. Dzięki temu udało się zorganizować wystawy w Kaniowie i w Czechowicach. Zająłem się tym ponieważ bolało mnie, że ta pamięć umiera. Natomiast okrągła rocznica zmobilizowała mnie do większego działania.

- Kto przysłużył się, pomógł Panu gromadzić materiały? Jakie były źródła i zasoby, z których Pan czerpał?

Szczególnie chciałbym podziękować rodzinom ofiar. Spotkałem się bardzo z ciepłym przyjęciem, otwarciem. Wyraźnie utkwił mi w pamięci obraz pani Kaganiec, mającej w tej chwili 90 lat, która otworzywszy mi drzwi mieszkania, powiedziała, że nie widzi. Kiedy powiedziałem jej, w jakiej sprawie przychodzę, objęła mnie matczynym uściskiem i zapytała: „Po co Pan to robi?”, a ja bardzo się wzruszyłem. Tak bardzo utkwiło mi to w pamięci. Każda rodzina dobrze mnie przyjęła i udostępniła materiały, żeby podzielić się tą tragedią i bólem.



- Jakiego rodzaju pamiątki udało się Panu zgromadzić?

Są to różnego rodzaju zdjęcia, pamiątki, medale, materiały rodzinne. Eksponaty z muzeum w Łaziskach, kopie tablic pamiątkowych Straży Pożarnej z Oświęcimia i z Grudziądza - z Muzeum im. ks. dr. Władysława Łęgi. Również eksponaty z Centralnego Muzeum Pożarnictwa w Mysłowicach. Dużo materiałów pochodzi z ATH w Bielsku-Białej. Chciałbym zaznaczyć, że w tej chwili jestem na etapie montowania wystawy na terenie ATH. Będzie ona czynna od 4 listopada. Przyczyną tego jest fakt, iż istniała tam jednostka wojskowa -  3131 Batalion Obrony Terytorialnej. W tymże batalionie podczas pożaru, 26 czerwca o godz. 21.00, został ogłoszony alarm. Do akcji ruszyło 160 żołnierzy z tej jednostki. W czasie wybuchu, czyli o godz. 1.20, natychmiastowo zginęło 7 żołnierzy, a dwóch w późniejszym czasie na skutek poparzeń. 32 zostało rannych. Jest to więc miejsce historyczne i bardzo się cieszę z tego, że władze uczelni przychyliły się do mojej prośby, żeby zorganizować w tym miejscu wystawę. Dzięki temu będę mógł dotrzeć do masy młodych ludzi. Wierzę w to, że młodzież przychodząc w późniejszym czasie na cmentarz nie przejdzie obojętnie obok grobu strażaka, żołnierza, czy pracownika rafinerii.

- Jak wiele wystaw zorganizował Pan do tej pory? Gdzie one się mieściły?

Była to wystawa w Kaniowie w auli katechetycznej przy parafii i w Miejskim Domu Kultury w Czechowicach-Dziedzicach. Byłem też na konferencji „Katastrofy, które zmieniły Polskę i świat” w Mysłowicach, gdzie wygłosiłem prelekcję o pożarze rafinerii w Czechowicach i to było uzupełnione filmem. Wystawy i film zobaczyło wiele osób. Półtoragodzinny film oglądany był w wielkiej zadumie przez wszystkich: dorosłych i młodzież. Było w tym coś wspaniałego. Był to hołd złożony obrońcom rafinerii i podkreślenie tego, że u nas kocha się historię i nie zapomina o tych, którzy ocalili rafinerię i miasto od zagłady.



- A jakie są reakcje ludzi? Czy żywo wspominają tamte wydarzenia?

Zależy mi, żeby ta pamięć była wciąż żywa i faktycznie tak się dzieje. Ludzie wciąż pamiętają o tamtych wydarzeniach. Dowodem tego jest fakt, iż kronika pamiątkowa cały czas krąży po mieszkańcach Czechowic, czy Kaniowa. Pozwolę sobie zacytować dwa pochodzące z niej wpisy. Rozpocznę od wspomnień Lucyny: „Czekałam na tatę w tę noc. Brał udział w akcji, ale na szczęście wrócił”. Inny dramatyczny wpis: „Czekaliśmy na ojca. Nie wrócił. Był strażakiem, naszym bohaterem. Wtedy byliśmy dziećmi. Dzisiaj naszym dzieciom opowiadamy o tych wydarzeniach.”

- Jakie ma Pan wspomnienia dotyczące ofiar z gminy Bestwina oraz Pańskich przyjaciół?

Byłem na uroczystości pogrzebowej Wilhelma Budnioka; to był mój nauczyciel fizyki i chemii, opiekun kaniowskich harcerzy, grupy między innymi o profilu strażackim. Ta postać głęboko utkwiła w mojej pamięci. Szczególnie mocno przeżyliśmy śmierć magistra inżyniera Józefa Torzeckiego, który był kierownikiem działu, gdzie pracował mój ojciec. Był to człowiek, który skończył studia w Bukareszcie na Wydziale Chemii.



- Komu pragnie Pan szczególnie podziękować?

Wcześniej nie rozmawiało się wiele o tej tragedii, dlatego cieszę się, że udało się stworzyć te wystawy. Chciałbym serdecznie podziękować ludziom, którzy mi pomogli: w pierwszej kolejności rodzinom ofiar i żyjącym uczestnikom akcji, następnie księdzu proboszczowi Januszowi Tomaszkowi, pani Alodii Hańderek i Zespołowi Charytatywnemu, Panu Jackowi Gruszce i OSP w Kaniowie, dyrektorowi MDK w Czechowicach -  Dziedzicach Bolesławowi Folkowi i panu Erwinowi Woźniakowi z Towarzystwa Przyjaciół Czechowic - Dziedzic, płk. Henrykowi Kalicieckiemu z Krakowa - był on uczestnikiem akcji i zrobił on ponad sto zdjęć pożaru rafinerii, Centralnemu Muzeum Pożarnictwa w Mysłowicach i redaktorowi naczelnemu Kroniki Beskidzkiej Tadeuszowi Wysockiemu oraz komendom straży pożarnej, grupie Lotos Czechowice, Lotos Parafiny oraz wszystkim innym nie wymienionym z imienia i nazwiska. 



O konferencji z udziałem Michała Kobieli można poczytać tutaj: http://www.myslowice.pl/aktualnosci.php?id=4087&kat=miejskie

Bardzo dziękuję Marcie za pomoc w opracowaniu wywiadu. Zdjęcia pochodzą z archiwum własnego oraz zbiorów Michała Kobieli, wystaw w Kaniowie i Czechowicach - Dziedzicach

czwartek, 29 września 2011

Z Kóz na Przylądek Północny

Trafiła w moje ręce bardzo ciekawa książka napisana przez pana Adama Hałata. Jest on mieszkańcem niedalekich Kóz, z zawodu geografem, a z zamiłowania wędkarzem i uczestnikiem wypraw do krajów skandynawskich. Jedną z takich podróży obszernie opisał i zatytułował „Z wędką za kołem polarnym”.
Książka, jak pisze autor, jest subiektywną relacją z wyprawy wędkarskiej na Morze Barentsa „Nordkapp 2010”. Nie pretenduje zatem do miana poważnego podręcznika geografii ani też typowej książki podróżniczej. Jest za to zapisem chwil przeżytych z grupą przyjaciół na północnym krańcu Europy. Czyta się ją lekko, gdyż Adam Hałat posiada rzadki dar „przemycania” wiedzy przyrodniczo – geograficznej w opowieściach utrzymanych w gawędziarskim tonie. Dobrze ukazane są rozterki i obawy uczestników wyprawy, nie pominięto przeżytych kryzysów, momentów trudnych, takich jak na przykład pierwsze w życiu zmierzenie się z prowadzeniem kutra na pełnym morzu.
Zachwyca ukazana w publikacji unikalna fauna i flora Norwegii. Na zdjęciach przedstawiono liczne gatunki ryb, i to takie o których nie opowiada się na szkolnych lekcjach. Dzięki Adamowi Hałatowi po raz pierwszy dowiedziałem się o istnieniu zębacza, molwy, brosmy i czarniaka. Wiele miejsca autor poświęca zwyczajom halibutów, reniferów oraz innym reprezentantom skandynawskiego zwierzyńca. 
 Jeśli  chcecie dowiedzieć się więcej o "wpływie białych nocy na spożycie piwa", "o tym, jak można łowić ryby zębami", "o trollach hodujących psy husky", "o polowaniu na króla Morza Barentsa" czy też "o wysokiej skale na krańcach Europy", nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zaprosić do lektury.


sobota, 17 września 2011

W ogrodach "Kapias"

Odwiedziłem sobie gospodarstwo szkółkarskie "Kapias" w Goczałkowicach. Pochodziłem, pooglądałem i... jestem zachwycony wielkością i pięknem ogrodów. Cały kompleks składa się z części starej i nowej, a przy tym podzielony jest na sekcje tematyczne. Możemy odnaleźć ogród japoński, zakątek górski, leśny, staw, strefę bagienną, skalniaki i liczne stanowiska roślin miejscowych i egzotycznych. Kto nie ma dość oglądania, może zrobić zakupy w pobliskim sklepie i wzbogacić swój ogród o nowe drzewa, krzewy lub kwiaty.



wtorek, 13 września 2011

Kolorowe i przyjazne przedszkole.

Chociaż było to już prawie ćwierć wieku temu, czasy "zerówkowe" pamiętam bardzo dobrze. Okres przedszkolny należy do jednych z pierwszych całkowicie świadomych wspomnień dziecka, dlatego ważne jest, by placówka zapewniała warunki jak najbliższe domowym. Przy tym spełniała także ważną rolę edukacyjną. 
Takie właśnie kameralne przedszkole powstało w Janowicach i miałem szczęście uczestniczyć w jego otwarciu. Było to dla mnie ważne wydarzenie, gdyż śledziłem historię powstawania przedszkola właściwie od początku, od pojawienia się pomysłu na bezpłatną placówkę społeczną, w której decydujący głos będą mieli rodzice dzieci.  Dzięki współpracy stowarzyszenia „Inicjatywy społeczne”, gminy Bestwina oraz mieszkańców Janowic zagospodarowano niszczejący budynek przy ul. Janowickiej 100. Projekt uzyskał również dotację z Unii Europejskiej. Tam gdzie wcześniej mieściła się m.in. pizzeria, teraz można podziwiać kolorowe malunki i usłyszeć głosy bawiących się dzieci.
Uroczyste otwarcie punktu przedszkolnego pod nazwą „Tęczowy Zakątek” odbyło się w dniu 12 września o godzinie 12.00. Zaproszonych gości przywitał koordynator projektu i przedstawiciel Stowarzyszenia, Konrad Sobik. Podkreślił, że ich obecność w tym wyjątkowym dniu jest dla niego dowodem okazanego zaufania w rozwijanie idei bezpłatnego przedszkola społecznego. Wśród przybyłych znalazł się wójt gminy Bestwina, przedstawiciele władz samorządowych a także proboszcz parafii w Janowicach. W  krótkich przemówieniach goście gratulowali inicjatorom i wyrazili nadzieję, że wzajemna współpraca będzie przebiegać wzorowo. Życzyli także dużo radości samym przedszkolakom, a ich rodzicom sukcesów wychowawczych.
Następnie poświęcenia budynku dokonał ks. kanonik Eugeniusz Stopka. Po tym obrzędzie wystąpiła grupa przedszkolaków, tańcząc i śpiewając wesołe piosenki. Kolejnym punktem programu stało się szkolenie z zakresu pierwszej pomocy dla dzieci. Fachowych porad udzielał Michał Piech, ratownik z prywatnego pogotowia ratunkowego „Medica” w Bielsku – Białej”.





A tak na temat zajęć prowadzonych w przedszkolu wypowiedział się koordynator projektu,  Konrad Sobik:


Nowatorstwo naszych metod polega na realizacji programu przedszkolnego oraz zapewnieniu wielu zajęć dodatkowych. Będą to bezpłatne zajęcia z rytmiki, z języka angielskiego i z garncarstwa. Bezpłatny jest także logopeda. Do tego wszystkiego szukamy specjalistów. Chcemy, by były to takie osoby, które mają dobry kontakt z dziećmi i które są w stanie zmaksymalizować efekt pracy z nimi.

W najbliższym czasie planujemy wystawienie spektaklu, być może jasełek.Przygotujemy również jakieś inne występy czy też wystawy na terenie gminy – znalazłyby się tam wytwory rękodzielnicze naszych dzieci, garncarstwo, rysunki itd. Natomiast dodatkową metodą, które chcemy wykorzystać do nauki, jest metoda bitowa. Polega ona na pokazywaniu dzieciom obrazków, bodźców wizualnych w krótkich seriach. W związku z tym dziecko w krótkim okresie czasu poznaje kilkadziesiąt rzeczy nowych. Mózg pracuje szybciej, niż u dorosłego, więc dzieci będą potrafiły po imieniu nazywać różnego typu zjawiska i rzeczy. Jest to unikatowa i do tej pory rzadko spotykana metoda.

Trzeba jeszcze dodać, że kładziemy u nas duży nacisk na tradycyjne wartości – koleżeństwo, uczciwość, szacunek, grzeczność wobec rodziców i wychowawców. Dzięki temu dziecko ma poczucie bezpieczeństwa, które łatwo w dzisiejszych czasach zagubić. Nasze dzieci noszą także wygodne, jednakowe ubranka.




Zapraszamy  na stronę internetową Przedszkola:  www.teczowyzakatek.eu

środa, 7 września 2011

Czy aby na pewno "ciemne" średniowiecze?

To wielka radość i zarazem satysfakcja dla samego siebie, gdy można odkrywać książki, które w swojej treści są ponadczasowe i zdobyły słuszne miano kultowych. Szczególnie jeżeli ktoś mieni się humanistą, a chce nim być nie tylko nominalnie ani nie z powodu nienawiści do matematyki, lecz z przekonania i z zamiłowania.
Sądzę, że esej Johana Huizingi "Jesień Średniowiecza" powinien stać się lekturą obowiązkową dla każdego miłośnika historii, sztuki i literatury. Nie chodzi o jakiś naiwny snobizm i pozowanie się na erudytę, ale o zapoznanie się z całościowym spojrzeniem na fascynującą epokę w dziejach ludzkości, wokół której narosło niestety wiele nieporozumień. Huzinga, profesor uniwersytetów w Groningen i w Lejdzie, ślizga się zatem po falach historii, na warsztat biorąc głównie krąg kultury niderlandzkiej i burgundzkiej. Postacie władców takich jak Jan bez Trwogi czy Karol Śmiały, artystów pokroju van Eycka i van der Weydena bądź pisarzy jak Chastellain będą więc na kartach książki przewijać się bardzo często.
Autor analizuje kilka wątków żywo w kulturze średniowiecznej obecnych. Sam rzut oka na spis treści pozwala zorientować się zresztą o czym będzie mowa. Między innymi omawia Huizinga problem tęsknoty za piękniejszym życiem, hierarchiczne pojmowanie społeczeństwa, ideę rycerską, marzenie o bohaterstwie i miłości, myśl religijną, wizerunek śmierci, rodzaje pobożności, symbolizm, estetykę tamtych czasów i drogę ku nowym prądom myślowym. Cały czas udowadnia, że mentalność współczesnego człowieka niekoniecznie musi odpowiadać umysłowości średniowiecznej, nastawionej w większym stopniu na wrażenia estetyczne, odczytywanie ukrytych symboli i przypisywanie ukrytych znaczeń różnorodnym zjawiskom. Pamiętajmy, że ówcześnie kultura wysoka nie była wyraźnie oddzielona od ludowej, a teologia od filozofii. Niemniej gdyby nie wypracowane wtedy metody naukowe czy rodzące się idee, nigdy nie miałby miejsca renesans. A i dzisiaj w wielu dziedzinach zdobycze myśli średniowiecznej są obecne. Choćby w samej idei i funkcjonowaniu uniwersytetów. 

Scena z Bardzo bogatych godzinek księcia de Berry, autorstwa braci Limbourg

Dzieło Huizingi okraszone jest różnego rodzaju przykładami umysłowości i zachowań ludzi tamtych czasów. Jak wielkie było przywiązanie do symboli ukazuje, mówiąc o sposobie używania i interpretacji znaczenia kolorów. Czerwień utożsamiano z władzą, zieleń z zakochaniem, błękit z wiernością... nie ceniono za to żółtego i brunatnego. Człowiek rozumiejący ten kod umiejętnie się nim posługiwał, na przykład błędnemu rycerzowi wypadało wyruszyć na wyprawę, będąc odzianym w zieleń. Podobną funkcję pełniły rozmaite znaki, herby i zawołania, symbolizujące zasady, które wyznawali władcy, rycerze i szlachta. 
Mówiąc o życiu religijnym holenderski autor stwierdza, że nie było ono jednolite. Z jednej strony dość naiwne misteria ludowe, z drugiej głęboka, prywatna i wewnętrzna devotio moderna. Zwracano uwagę na obecność śmierci, ale dążono także do stwarzania namiastki nieba już na ziemi poprzez tworzenie obrazów, rzeźb, pieśni i dzieł literackich. Czasem popadano oczywiście w skrajna przesadę lub nadmierny formalizm. Interesujący i dość humorystyczny wydał mi się np. następujący opis: Cóż jednak powiedzieć o takim obyczaju: oto przy stole Seusse, jedząc jabłko, zwykł dzielić je na cztery części; trzy spożywał w imię Trójcy Świętej, czwartą - "w miłości, z którą Matka Niebieska dawała jeść jabłuszko swemu miłemu dzieciątku, Jezusowi" - zjadał wraz ze skórką, ponieważ mali chłopcy jadają jabłka nie obrane. W dniach następujących po Bożym Narodzeniu - a wiec w czasie, kiedy Dziecię Jezus było jeszcze za małe, by mogło jeść jabłka - Henryk w ogóle nie zjadał czwartej cząstki, lecz ofiarowywał ja Marii, by dała ją swemu Synowi. Każdy napój Henryk pił w pięciu łykach na cześć pięciu ran Zbawiciela; ponieważ jednak z boku Chrystusa wypłynęła krew i woda, piąty łyk rozdzielał na dwa. Huizinga dodaje, że "świętość wszystkich poczynań życiowych" została tu doprowadzona do ostateczności. Nam może wydawać się to rzeczywiście "ciemne", ale wtedy, jeżeli dążono do jakiegoś ideału, to często czyniono to bez reszty i totalnie. Zresztą i formalizm miał w samym średniowieczu wielu przeciwników, była to na tyle rozległa epoka, żeby pomieścić bardzo szerokie spektrum różnych poglądów.
Herrfsttij der middeleuwen to lektura może nie dla każdego, lecz jeśli ktoś poszukuje dobrej, rzetelnej i przede wszystkim całościowej panoramy obrazu świata u schyłku średniowiecza, może się śmiało zainteresować klasyczną już książką profesora z Niderlandów.

sobota, 27 sierpnia 2011

Na motocyklu po przygodę

Nigdy nie byłem, nie jestem i nie będę zwolennikiem Ernesto "Che" Guevary. Kult tego argentyńskiego rewolucjonisty i czynienie z niego ikony walki o sprawiedliwość społeczną, też nie bardzo mieści mi się w głowie. Tym bardziej, że metody jakimi się posługiwał, w żadnym razie nie usprawiedliwiają nawet najszlachetniejszych pragnień. Dowodzi tego zresztą historia ruchu komunistycznego zarówno w Europie, jak i Ameryce Południowej.
Nie będę jednak pisał o "Che" w kontekście politycznym. Guevara jest bowiem jednym z bohaterów całkiem interesującego filmu "Dzienniki motocyklowe" z 2004 r. Film Waltera Sallersa zrealizowany jest na kanwie autentycznych zapisków Argentyńczyka. Opowiada o wyprawie wzdłuż kontynentu którą podjęli Ernesto Guevara i Alberto Granado w 1952 roku na motocyklu Norton 500. 
Podróż dwóch przyjaciół - studenta medycyny (Guevara) i nieco starszego biochemika (Granado) ciągnie się przez szereg krajów - Argentynę, Chile, Peru, Kolumbię, aż do Wenezueli. Ich mieszkańców wiele łączy - język, religia, historia... ale wiele również dzieli, zwłaszcza nierówności społeczne. Wrażenie na podróżnikach robi kolonia trędowatych w Peru (gdzie zatrzymują się na dłużej, by pomagać lekarzom) oraz los górników - najemników wyzyskiwanych przez właścicieli kopalni. Przeżycia te mają duże znaczenie w kształtowaniu się osobowości przyszłego rewolucjonisty. Rodzi się w nim bunt, niezgoda na taki stan rzeczy. Szkoda, że później wybrał niewłaściwą formę walki o prawa ubogich...
Film obfituje również w elementy humorystyczne, niekiedy podchodzące pod zupełną groteskę. Motocykl wpada do błota, namiot porywa wiatr, a student medycyny udaje pełnoprawnego lekarza, wmawiając niemieckiemu farmerowi śmiertelną chorobę. Z obu przyjaciół wychodzą co jakiś czas różnice charakterów, co owocuje skądinąd zabawnymi sprzeczkami.
Podobnie jak w przypadku opisywanego tu już kiedyś "Miasta Boga" widz musi przyzwyczaić się, że nie jest to kino hollywoodzkie. Narracja prowadzona jest z "offu" w sposób typowy raczej dla filmów dokumentalnych. Nie ma także skomplikowanej fabuły. Po prostu "film drogi"  - bohaterowie jadą przed siebie, przeżywają różnorakie przygody, a naokoło rozciągają się niesamowite krajobrazy Patagonii, chilijskich gór lub amazońskiej dżungli. Polecam wszystkim kinomaniakom. Tego jednego wieczoru można przymknąć oko na późniejszy życiorys "Che".


niedziela, 21 sierpnia 2011

Karp wypłynął z Kaniowa

Jednym z najbardziej nietypowych, a przy tym interesujących lokalnych festiwali na Podbeskidziu jest Święto Karpia Polskiego w Kaniowie. Geneza tej imprezy plenerowej ma swój związek z rolniczym charakterem gminy Bestwina.
Około 5% (204 ha) jej powierzchni zajmują bowiem stawy hodowlane. Sprzyja temu ukształtowanie terenu oraz bliskość dużych cieków wodnych. Warunki takie są idealne do hodowli ryb, zwłaszcza karpia. Jedna z najpopularniejszych odmian tej ryby, karp polski, zwany także galicyjskim została wyodrębniona w XIX wieku na terenie Kaniowa. Było to możliwe dzięki działalności hodowcy – innowatora Adolfa Gascha (1839 – 1915). Pisałem już o tym w innych notkach, ale warto to przypomnieć. Gasch, wykształcony w akademii rolniczej w niemieckim Hohenheim habsburski dzierżawca folwarku Kaniów udoskonalił metodę przesadkowania Tomasza Dubisza. Otrzymał rybę, w której znajduje się więcej mięsa i mającą dobrze wykształcone ciało. Dokonał tego nie tylko poprzez zwiększanie wagi, lecz przede wszystkim proporcji między bardziej a mniej cennymi częściami karpia. Jego osiągnięcie zostało docenione za granicą. W 1880 r. w Berlinie odbywała się wystawa rybacka, gdzie karpie Gascha otrzymały złoty medal. Oprócz tego, w Europie i Ameryce ukazywały się specjalistyczne publikacje pióra kaniowskiego hodowcy.   W uznaniu zasług Adolfa Gascha w Kaniowie został postawiony głaz – pomnik jemu poświęcony.
Tyle o historii. Na pamiątkę dokonań Gascha w Kaniowie pod koniec sierpnia odbywa się wspomniane Święto Karpia. Jego organizatorami są Centrum Kultury, Sportu i Rekreacji w Bestwinie, Sekcja Wędkarska im. A. Gascha przy LKS „Przełom” Kaniów oraz Urząd Gminy Bestwina. W 2011 r. świętowaliśmy już 11 raz.
Impreza trwa przez cały dzień i w jej przebieg angażują się różne grupy mieszkańców. Wczesnym rankiem rywalizację rozpoczynają wędkarze. Terenem zaciętej bitwy o kilogramy staje się akwen „Miasteczko”. Następnie przy scenie na kaniowskich terenach rekreacyjnych gromadzą się sympatycy wędkarstwa i hodowli ryb, przedstawiciele władz i zaproszeni goście. W okolicznościowych przemówieniach podkreśla się tradycje gospodarki rybackiej w naszym regionie i zasługi Sekcji Wędkarskiej.
Na program kulturalny składają się występy zespołów folklorystycznych, spektakl dla dzieci i występ „gwiazd wieczoru” – W tym roku usłyszeliśmy Mirka Szołtyska, kapelę „Ondraszki”, zespół „Puls”, a dzieciaki bawiły się w towarzystwie Fizi i Dyzi. Jest również akcent sportowy, czyli mecz piłki nożnej pomiędzy lokalnymi rywalami. 20 sierpnia LKS „Przełom” Kaniów nie dał szans Sokołowi Zabrzeg i zwyciężył 6:2.



niedziela, 14 sierpnia 2011

Te wspaniałe maszyny

  Zdjęcia które oglądacie wykonałem na terenie Bielskiego Parku Technologicznego Lotnictwa, Przedsiębiorczości i Innowacji w Kaniowie. Teren lotniska był jednym z przystanków, na którym zatrzymali się uczestnicy XI Międzynarodowego Rajdu Pojazdów Zabytkowych Bielany 2011. 
  Samochody pochodziły z różnych krajów i epok, zarówno z lat 20 i 30 XX wieku, jak i z czasów całkiem nam współczesnych, pojawiło się nawet wzbudzające duże zainteresowanie czerwone Ferrari. Zapraszam do obejrzenia galerii oraz filmu na którym zarejestrowałem jedną z konkurencji. 



poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Rumunia znana i mniej znana

część III - Zamki i pałace

Rumunia zamkami stoi i z nich słynie, ich urok jest zresztą jednym z głównych atrakcji turystycznych tego kraju. Legenda Vlada Palownika (Drakuli) podsyca zainteresowanie tymi pomnikami przeszłości, pozwalając przenieść się w czasie w poprzednie stulecia. Jak więc prezentują się zamki w Rumunii? Bardzo różnie i zależy to oczywiście od epoki w której je zbudowano i od tego, czego w nich szukamy. Jednego zafascynują ruiny XIII - wiecznego zamku  Poienari, inny zachwycał się będzie eklektycznymi wnętrzami pałacu Peleş. Poniżej pokrótce przedstawię kilka obiektów wartych odwiedzenia.

Zamek w Hunedoarze znany jest przede wszystkim jako rezydencja węgierskiego wodza Jana Hunyadego i jego syna, króla Macieja Korwina. Warto go zwiedzić zwłaszcza ze względu na bajkowy wygląd zewnętrzny, liczne wieże i wieżyczki, wykusze, urokliwe dziedzińce, studnie, schody i podcienie po których można sporo się nachodzić. Wyposażenie wnętrz jest raczej skromne, od czasu do czasu w komnacie trafi się zbroja, kilka sztandarów lub zrekonstruowanych przedmiotów codziennego użytku. W kilku pomieszczeniach zorganizowano wystawy czasowe. 


Hunedoara

Poienari to mała forteca legendarnego Drakuli, a ściślej mówiąc ruiny tej fortecy. Atrakcją jest już samo dojście, gdyż wspinaczka do zamku wymaga pokonania tysięcy stopni. Po dojściu i uiszczeniu symbolicznej opłaty witają nas... kukły wieśniaków nabitych na pale, szubienica oraz dyby. W sam raz dla miłośników klimatów rodem z horrorów. Z ruin roztacza się fantastyczny widok na okoliczne szczyty Karpat. W pobliżu znajduje się również tama i elektrownia wodna. Zamek nie jest zrekonstruowany, to w zasadzie tylko cegły i platformy widokowe, sceneria wystarcza jednak za wszystko.


Tam wysoko należało się wdrapać


Nabici na pale nieszczęśnicy

Pałac Peleş w Sinai został zbudowany w XIX wieku dla rumuńskiego króla Karola I i jego małżonki Elżbiety. Już na pierwszy rzut oka widać wpływy bawarskie, co nie jest niczym dziwnym, gdyż pałac projektowali niemieccy architekci. Zarówno fasada jak i wnętrza po prostu olśniewają bajkowym przepychem. Komnaty wyłożono drewnem, marmurami, ściany zdobią gigantyczne lustra i obrazy, niektóre z nich malowała sama królowa. Wyposażenie świadczy o wysokiej kulturze i wykształceniu właścicieli. Bibliotekę wyposażono w liczne woluminy w wielu językach. W pokoju muzycznym ustawiono rozliczne instrumenty. Dodatkowo w pałacu znajduje się kolekcja broni białej i palnej z różnych epok. W Peleş zaskakują zwiedzających niespodzianki w rodzaju ukrytych pomieszczeń, sali teatralno-kinowej, XIX - wiecznego centralnego ogrzewania a nawet odkurzacza. Jest specjalny pokój do palenia fajki wodnej i komnata urządzona w stylu arabskim. W moim rankingu Peleş zdecydowanie prowadzi i serdecznie polecam jego zwiedzenie. A komu starczy czasu, może również zobaczyć oddalony od niego zaledwie o kilkadziesiąt metrów pałac Pelişor.


Pałac Peleş. Niestety za robienie zdjęć w środku trzeba było sporo zapłacić. Dlatego proponuję poszukać fotografii w sieci.


Król Karol I
 
Zamek Bran najbardziej ze wszystkich kojarzy się z Drakulą, jednak jego sława nie jest do końca zgodna z prawdą historyczną. Bohater książki Brama Stokera odwiedzał go bowiem bardzo rzadko i nigdy w tym zamku nie zamieszkiwała na stałe. Niemniej położenie na wysokiej skale i bardzo "filmowy" wygląd oddziałują na wyobraźnię i jeżeli ktoś wyobraża sobie typowy zamek z filmów grozy to Bran wpisuje się w ten stereotyp idealnie. O historii nie będę się rozpisywał gdyż od tego jest na przykład Wikipedia, mogę jedynie wspomnieć, że złote czasy dla zamku nastały za panowania królowej Marii, żony króla Ferdynanda I. Wtedy Bran gruntownie przebudowano i dostosowano do potrzeb monarchini. Później popadł w ruinę, a w drugiej połowie XX wieku odremontowano go i udostępniono dla zwiedzających.


Majaczący w oddali Bran


Zamkowy dziedziniec

Kolejna forteca należy do kategorii nietypowych gdyż jest to ... zamek chłopski, czyli taki, w którym mieszkańcy okolicznych miejscowości mogli chronić się w razie zagrożenia. Zamek w Râşnov o którym mowa, nie był jednak chłopski od początku. Wcześniej użytkował go Zakon Krzyżacki. Do obiektu można dojechać wagonikami ciągniętymi przez traktor albo dojść pieszo. W środku witają nas rycerze i knechci, z którymi można robić sobie zdjęcia, nawet całkiem za darmo. Liczne zaułki, wieżyczki i punkty widokowe są mocną stroną tegoż zamku, z góry roztacza się wspaniała panorama miasteczka.


Zamek Râşnov


Straż zamkowa


Widok na miasteczko

I na koniec już nie zamek, ale pewna osobliwość - warowny kościół. I w dodatku luterański. Znajduje się on w miejscowości Prejmer. To wioska zamieszkiwana ongiś przez osadników niemieckich, a konkretnie przez Sasów siedmiogrodzkich. Wznieśli oni unikatowy w światowej skali kompleks składający się z kościoła otoczonego murem obronnym, w którym znajdowały się pomieszczenia mieszkalne - coś w rodzaju osiedla. Izby te efektownie połączono drewnianymi pomostami. Niektóre z pomieszczeń udostępniono zwiedzającym, rekonstruując w nich na przykład izbę szkolną, kuchnię, warsztat lub stajnię.


Kompleks w Premjer


Zrekonstruowana klasa szkolna

środa, 3 sierpnia 2011

Rok z "Chatką"

Co można zrobić w ciągu jednego roku? Zapewne dość wiele, na przykład sfinalizować jakiś etap edukacji, nauczyć się jeździć samochodem, urządzić mieszkanie, spełnić jakieś inne swoje marzenie. Choć wszelkie ramy czasowe to tylko kwestia umowy, miło jest jednak wiedzieć, że właśnie minęła jakaś okrągła rocznica. (Mój nieżyjący już profesor historii powszechnej pewnie by się ze mną nie zgodził, był bowiem wyznawcą poglądu, że daty nie mają kompletnie żadnego znaczenia).
Minął także rok od założenia tego oto bloga. Czy idea istnienia strony która tak na dobrą sprawę zawiera taki trochę"groch z kapustą" sprawdziła się? Myślę, że miło jest mieć skrawek własnego miejsca w globalnej sieci, miejsca w którym można podzielić się własnymi przemyśleniami i wrzucić zdjęcia, które w innym wypadku obejrzałoby tylko kilka lub kilkanaście osób. 
Jeśli już miałbym do czegoś porównać swoja stronkę, skłaniałbym się ku staropolskiej formie zwanej silva rerum czyli "las rzeczy". Były to pamiętniki, w których zapisywano wszelkie ciekawostki, historie z życia rodzinnego, lub relacje z różnych wydarzeń. Tego ostatniego nie brakowało nigdy i tutaj, staram się jak mogę promować swoje rodzinne okolice. Nie jest to może główne założenie, bo poświęconych temu stron i blogów istnieje wystarczająco dużo, ale sprawia mi dużo szczerej radości, gdy nowe osoby z całego kraju i zza granicy dowiadują się o "ojczyźnie polskiego karpia".
Stoi sobie więc "Chatka" w najlepsze i projekt ten będzie rozwijany jeżeli tylko starczy mi sił i zapału. Niedawno pojawiły się relacje z podróży, zapewne cykl ten także doczeka się kontynuacji. Przy okazji dziękuję tym, którzy od czasu do czasu podrzucają mi jakieś pomysły, materiały, wklejają linki na swoje strony  i profile na portalach społecznościowych. Staram się odwdzięczać im tym samym. Przesyłam serdeczne pozdrowienia, a zdmuchując symboliczną świecę z urodzinowego tortu, życzę udanej i pogodnej reszty wakacji.


Ta oto chatka znajduje się w okolicach zamku Bran

czwartek, 28 lipca 2011

Rumunia znana i mniej znana

część II - w cieniu dyktatora

Aby zobaczyć jak wyglądało życie w Rumunii w czasach Nicolae Ceauşescu, najlepiej zapytać samych Rumunów. A jeśli znają oni język polski, mogą opowiedzieć naprawdę sporo. Taką osobą jest pani Eugenia Duta, rodowita Rumunka, wieloletnia pracownica polskiej ambasady w Bukareszcie. Pani Eugenia nasz język zna perfekcyjnie, ponieważ studiowała polonistykę na bukareszteńskim uniwersytecie. Zresztą włada nie tylko polszczyzną, swobodnie porozumie się i w kilku innych europejskich językach...


 Eugenia Duta oprowadza turystów

Właśnie dzięki swoim talentom translatorskim Eugenia Duta mogła obracać się jako tłumaczka w najwyższych kręgach władzy. Osobiście znała samego "Geniusza Karpat" (jak kazał tytułować się Ceauşescu) i asystowała przy jego spotkaniu z Wojciechem Jaruzelskim. Jak zdradziła swoim słuchaczom, jako całkiem wtedy jeszcze młodej tłumaczce przydarzyła jej się dość przykra gafa - zamiast słowa "twarz" użyła "gęba", co zauważył Jaruzelski. Strach pomyśleć co mógł zrobić nieprzewidywalny Ceauşescu... Na szczęście obyło się bez większych konsekwencji.
Duża zresztą część bardzo trudnego, ale i ciekawego życia pani Eugenii upłynęła "w cieniu dyktatora". Sama przyznała, że w początkach jego panowania Rumunom powodziło się nieźle, półki sklepowe były pełne, a kraj przyciągał wczasowiczów z innych demoludów. Życie na kredyt skończyło się dopiero później, i właściwie wszechobecna nędza i frustracja obywateli doprowadziły małżeństwo Ceauşescu przed pluton egzekucyjny. Eugenia Duta dodaje ponadto, że inteligencja rumuńska jest przekonana, iż rewolucja z 1989 r.nie była spontanicznym wybuchem, ale została zainspirowana przez amerykańskie i rosyjskie służby specjalne zaprowadzające "nowy porządek" w tej części Europy.


Przed gmachem byłego domu Rumuńskiej Partii Komunistycznej - z jego dachu w 1989 r.  Ceauşescu uciekał helikopterem.

Przejawy megalomanii wodza widać w Bukareszcie i w całej Rumunii na każdym kroku. W poprzedniej notce wspominałem już o monstrualnym budynku parlamentu, co najciekawsze budowanym w czasach najgłębszego kryzysu. Gmach ten zresztą miał być częścią rozległej dzielnicy rządowej, której ostatecznie nie zbudowano. Tak czy inaczej sam ten kolos wyróżnia się swoja kubaturą i wyposażeniem. Wszystko w nim bowiem jest... olbrzymie. Ważące po kilka ton dywany i zasłony, gigantyczne żyrandole (2,5 tony!), marmurowe schody kilkakrotnie przerabiane tak, by odpowiadały rozmiarowi kroku samego Ceauşescu. Wszystkie materiały, z których gmach zbudowano pochodzą z różnych regionów Rumunii, nie ma tam nic zagranicznego. Wystrój wnętrz wzorowano na różnorakich pomnikach historii, na przykład komnatach pałacu w Sinai. Niestety nie mogę pokazać tego na blogu, ponieważ możliwość robienia zdjęć kosztowała dość słono, jednak odsyłam na inny blog, gdzie o budowli napisane jest znacznie więcej. Oto link: http://foto--pasja-grafika.blog.onet.pl/Palac-Parlamentu-w-Bukareszcie,2,ID430729071,n
Pozostałości po Ceauşescu widać oczywiście więcej, pisałem już o niesamowitej szosie przecinającej Karpaty. Tu i ówdzie napotykamy wielkie tamy, sztuczne akweny i elektrownie wodne - urządzenia pewnie potrzebne, ale znów można się zastanawiać ile ich budowa pochłonęła ludzkich łez a wręcz i istnień. Zahaczając o dziedzinę gospodarki należy bowiem powiedzieć, że kraj szedł drogą nieco odmienną jak to było w innych państwach socjalistycznych. Ceauşescu pragnął utrzymać pewna niezależność od Moskwy, a inspirowała go ideologia Dżucze (samowystarczalności) zaczerpnięta z Korei Północnej. Względna niezależność była demonstrowana także na polu politycznym, na przykład w roku 1984 Rumunia jako jedyny obok Jugosławii europejski kraj zza "Żelaznej Kurtyny" nie zbojkotowała letnich Igrzysk Olimpijskich w Los Angeles.


Jedna z imponujących tam

A co z panią Eugenią? Przeżyła wszystkie zawieruchy dziejowe, zdołała zapewnić dobrą przyszłość swoim dzieciom (córkę dzięki swojemu uporowi pomogła wyrwać z ciężkiej choroby) i nadal pracuje w ambasadzie pomagając przyjeżdżającym do Bukaresztu Polakom. Historię swojego życia opisuje w powstającej książce. Kondycja tej niezwykłej kobiety jest naprawdę godna pozazdroszczenia - być może to zasługa prowadzonego przez lata sportowego trybu życia - w 1958 była wszak mistrzynią Rumunii w skokach do wody! Natomiast w dniu 7 października 2009 r. Pan Prezydent Lech Kaczyński odznaczył ją  Złotym Krzyżem Zasługi  za wkład w rozwijanie polsko-rumuńskiej współpracy. Link: http://bukareszt.trade.gov.pl/pl/aktualnosci/article/y,2009,a,5482,.html